Rozdział 21″Mroczna otchłań niewinnej duszy”

Książę ze smutkiem spoglądał na dziewczynę, która chodziła po pokoju pakując swoje rzeczy do podręcznej torby.

Gdy tylko się przebudziła z głębokiego snu, który trwał kilka dni oznajmił, że najwyższy czas, aby powróciła do swojego kraju. Na tą nowinę Lamia uśmiechnęła się radośnie i rozpoczęła przygotowania do wielkiego powrotu. Gospodarz wyszedł nerwowo z komnaty i udał się w stronę zamkowego balkonu. Oparł swoje ręce o barierki i westchnął głęboko pochylając swoją głowę w dół. Dla niego to rozstanie było czymś niewiarygodnie ciężkim, jakby tracił coś tak cennego, co niczego nie odzyska, jednak w jego mrocznym sercu tliła się iskra nadziei, że jego Lamia powróci, lecz nie wiedział ile czasu jej to zajmie. Usłyszał nieśmiałe kroki za swoimi plecami. Poczuł jak drobna dłoń głaszcze go po plecach i przybliża się do niego tak blisko, że odczuwał miłe ciepło pochodzące od tej postaci.

 - Vlad, powiedz mi co takiego mnie spotkało podczas spotkania w sali tronowej? – zapytała spokojnie dziewczyna przyglądając się jego smutnym oczom.

- Pamiętasz dwa drzewa na polanie?

- Tak

- Jesteśmy tak jak one, niby blisko, a jednak tak daleko.

- I tak zawsze będzie?

- Nie, kiedy powrócisz, wtedy będzie nam dane żyć razem.

- A co z Twoją krwią? Wiesz, że pragnienie krwi nie ustąpi.

- Nie martw się o to. – odpowiedział niezwykle opanowanym głosem.

- A wracając, ten ból, który poczułam tam w sali?

- Ten ból to Twoje rozdarcie duszy. Z jednej strony pragniesz czegoś, a z drugiej chcesz wrócić do tego co było. Póki nie wybierzesz drogi, będziesz nadal go odczuwała.

Łzy na jej policzku powoli spływały. Przytuliła się do właściciela pałacu, ale ten nie odwzajemnił jej gestu. Oddalił ją łagodnie, kładąc dłonie na jej ramieniu i spoglądając jej głęboko w oczy.

 - Posłuchaj mnie teraz – powiedział wyciągając coś zza kołnierza swojego książęcego ubrania – daję Ci to, choć nie powinienem ingerować w Twoje sprawy. Otwórz to dopiero w miejscu, kiedy będziesz czuła się bezpiecznie – oznajmił podając jej do ręki zwinięty zwój starego pergaminu – A teraz idź już na dziedziniec, czeka tam na Ciebie koń, wraz z Twoimi wszystkimi rzeczami, czarny rumak zaprowadzi Cię przez las, on zna drogę i wie co robić.

- Vlad?

- Słucham? – popatrzył raz jeszcze w jej lśniące oczy.

- A jeżeli nie wróciłabym, to co wtedy?

- Wtedy, wtedy moja dusza spocznie na dnie czeluści i już nigdy nie powróci. Zatracę się raz na zawsze, umrę.

Usłyszawszy ostatnie słowa, dziewczyna poczuła jak jej serce szybciej biję. Położyła dłonie na jego zimnych policzkach i przybliżyła swoją twarz.

 - Ja wrócę Vlad, na pewno tu wrócę – odpowiedziała patrząc na niego przez chwilę, a następnie zniknęła w ciemnościach zamku zostawiając za sobą nieodkryte uczucie.

Schodziła schodami w dół, a w swoich oczach nadal miała łzy. Z trudem rozstawała się z tym wszystkim co ją otaczało i co tutaj poznawała, w szczególności jego. Czarny wierzchowiec czekał za schodami wraz z jej wszystkim rzeczami. Wsadziła do swojego plecaka tajemniczy zwój i dosiadła konia. Odwróciła się w stronę balkonu spoglądając po raz ostatni na swojego Księcia, który podziwiał ją z kamiennego tarasu. Odwróciła się w stronę lasu, pochylając się nad uchem rumaka.

 - Możemy ruszać – szepnęła.

Czarny koń gwałtownie zerwał się i pognał w stronę lasu, gdy już znalazł się tuż przed nim znacznie zwolnił, spokojnym ruchem wdarł się do leśnego grodu i szedł przed siebie. Blondwłosa zauważyła, że coś zaczynało się w lesie zmieniać. Natura, która ją otaczała stawała się jej coraz bliższa. Podążali tak przed siebie, aż opuścili las. Lamia rozpoznała krajobraz.

 - Jesteśmy w domu, ale jak to? – zapytała kopytnego, jednak on nic nie odpowiedział. Jej myśli zerwały hałasy, które dobiegały od lewej strony lasu. Dziewczyna zeszła z konia i spojrzała na dziwne czerwono – złote światło. Krzyki były coraz głośniejsze. Wzdrygnęła się ,gdy usłyszała płacz małego dziecka. Nakazała wierzchowcowi udać się z jej rzeczami do jej domu, a ona pobiegła w stronę przerażających krzyków. Biegła bardzo, dzięki swojej sile, która w niej istniała. W końcu dobiegając do centrum przerażającego hałasu, nie mogła uwierzyć swoim oczom – O nie, to dziś jest dzień św. Andrzeja – powiedziała z przerażeniem, gdy zobaczyła wielką, czarną niczym smoła kutą bramę otwartą na oścież, a z jej wnętrza wydobywały się najokropniejsze hałasy tak jak postacie i dziwne stwory wypełzające z jej środka. Widziała piekielne płomienie tak duże, że nikt nie byłby w stanie ich pokonać.

Przyglądała się makabrycznym obrazom jakie były jej dane zobaczyć. Zakapturzone postacie ciągnęły za sobą martwe ludzkie ciała, niektóre nie miały już głów i nie byli to tylko mężczyźni. Dziwne stwory wnosiły do środka bramy kosztowności, zwierzęta, bydło, czy jedzenie, zapewne wykradnięte z pobliskich domostw. Prawdziwy obraz piekła ukazał się w oczach dziewczyny, która nie miała bladego pojęcia co robić. Bała się wyjść z kryjówki, jednak gdy zobaczyła jak stwór, który w połowie był kobietą, a znowu jej dół był niczym wąż, niosło na swoich rękach żywe dziecko, nie wytrzymała. Wyskoczyła zza krzewów jałowca i stanęła przed potworem.

 - Jak śmiesz swoimi piekielnymi łapskami dotykać to dziecko – wykrzyknęła jasnowłosa w stronę demona, który szeroko się uśmiechnął.

- Aż to nasza Lamia, na reszcie mogliśmy Cię poznać… – odpowiedziała odrażającym głosem poczwara – to dziecko jest ich, a ty zejdź mi lepiej z drogi.

- Nie, oddaj mi dziecko – powiedziała głośno i stanowczo, a z jej lewego boku podbiegali do niej zakapturzone postacie.

Nie bała się, choć powinna. Wrogowie dziewczyny nie zdążyli cokolwiek zrobić, gdyż ciemne światło jakie wydostało się z jej dłoni wystrzeliło w ich stronę, a oni po sekundzie padli nieżywi na zimną trawę. Odwróciła się w stronę węża.

 - Oddaj mi to dziecko, albo spotka Cię taki sam los co ich, nie rozumiesz, że jestem z Was wszystkich najsilniejsza i nikt nie zdoła mnie zniszczyć – powiedziała głosem, który tkwił się w jej mrocznej duszy.

- Mówisz jakbyś sama stamtąd pochodziła – odpowiedział przerażony stwór, po czym oddała dziecko i uciekła do piekielnego świata znajdującego się za bramą.

Wszystkie postacie znajdujące się obok bramy, bały się podejść do dziewczyny. Widziały jaką mocą włada, dlatego nie ryzykowały swoich przeklętych dusz. Czekały na jego przybycie.

Blondynka wpatrywała się w płaczące dziecko. Denerwowało ją, jednak nie mogła sobie pozwolić, aby stało się mu jakakolwiek krzywda. Obejrzała się raz jeszcze przyglądając się bramie. Zauważyła trzy wielkie wykute dziury, pomyślała, że to właśnie tam był koniec jej zadania. Trzy klucze, które musiała odnaleźć za wszelką cenę. Wybiegła z przepełnionego piekielną mocą miejsca i udała się w stronę pobliskich domostw. Zapukała do drzwi, głośno krzycząc, że trzyma w ręku porwane dziecko. Wtedy ktoś otworzył drzwi. Zza progu wyszedł starszy pan, który w oczach miał ogromny strach.

 - Wie Pan do kogo należy to dziecko? – zapytała blondwłosa.

- Tak, to dziecko sąsiadki, Pani Bathick, jest u nas, proszę wejdź moje dziecko – zaprosił ją gestem do środka.

Dziewczyna szybkim krokiem weszła do środka przekazując dziecko właściwej osobie, po czym bez słowa wybiegła z domu, powracając na przeklęte miejsce. Jednak, gdy zjawiła się ponownie wszystko zniknęło. Nie było już bramy, ani tajemniczych postaci, czy też stworów. Zupełnie jakby nigdy to się nie pojawiło. Obeszła parę razy w kółko miejsce, gdzie stała czarna brama. Nie było po niej śladu. Zawiedziona dziewczyna oparła się o pobliskie drzewo próbując na chwilę pozbierać swoje myśli w jedną całość. Gwałtownie cofnęła się od drzewa, stukot kopyt, który dobiegał z ciemnego lasu. Spoglądała w stronę dobiegających kroków, były coraz bliżej jej postaci, aż w końcu wyłonił się z ciemności nocy.

Lamia tym razem poczuła bardzo wyraźnie strach w swoim sercu. Przed jej oczami na wielkim koniu, który wielkością nie przypominał zwykłego konia siedział on. Posłaniec piekielny, który od wieków pozbywał się członków rodziny Blacków. Czarny Jeździec zszedł ze swojego towarzysza. Dziewczyna spojrzała na jeźdźca z dołu, gdyż był on potężnym demonem, a swoim cieniem zasłoniłby nie jeden las. Zbliżył się wolnym krokiem do dziewczyny, wyciągając ze swej pochwy miecz, który mienił się czarnym, metalicznym blaskiem. Blondynka szła tyłem, jednak potknęła się o niewielki dołek i upadła. Jej mięśnie nie mogły wykonać jakiekolwiek ruchu, gdyż czuła ogromny strach przez jej największego wroga. Przełknęła ślinę, a resztki z jej rozsądku podpowiadały jej, żeby wykorzystała szybko swoją moc. Tak też uczyniła. Wyciągnęła dłoń naprzeciw wroga, jednak on szybkim ruchem swojej dłoni uderzył niewidzialną moc w jej rękę spychając ją na bok. Młoda Black sądziła, że to już koniec jej żywota, gdy usłyszała głośno wycie. Wiedziała, że ten skowyt należy do jej sprzymierzeńców. Minęła sekunda jak zza drzew wyłoniły się dwie sylwetki potężnych wilkołaków. Posłaniec spojrzał na nich, zdawał sobie sprawy, że nie nadszedł czas końca rodziny Black, dlatego odsunął się od dziewczyny i szybko wskoczył na swojego konia uciekając do mrocznego lasu. Tuż za nim pobiegła jedna z bestii, która pragnęła rozszarpać jeźdźca na strzępy. Drugi z potężnych podszedł do dziewczyny, nie kryjąc się dłużej pod skórą wilkołaka, przemienił się w ludzką postać.

 - Nic Ci nie jest? – zapytał Nathair podając dłoń swojej znajomej.

- Nie, na szczęście zjawiliście się w odpowiednim momencie – odpowiedziała wstając z podłoża.

- Musisz się sporo tłumaczyć – powiedział oschle.

- Tzn?

- Jeszcze się pytasz? Dziewczyno, nie było Cię tyle czasu, nawet nie dałaś znaku życia, już z ojcem i bratem twierdziliśmy, że nie żyjesz ! I co? Nagle odnajdujemy cię w środku lasu, a przed Tobą stoi posłaniec, który marzył, żeby wbić Ci ten miecz prosto w serce, czy ty w ogóle myślisz?! Jeszcze zjawiasz się w noc otwarcia bramy! – krzyczał niezwykle głośnie, aż echo odbijało się po całym zielonym królestwie – Co ty masz w ogóle w tej swojej głowie!?

- Możesz nam nie nie wrzeszczeć, bo za chwilę ja Tobie coś zrobię! – wykrzyknęła.

Nathair spojrzał na nią zlękniony. Nigdy wcześniej, nie słyszał u żadnego człowieka, takiej dziwnej tonacji głosu, zupełnie jakby jej dusza należała do tamtego, mrocznego świata.

 - Wybacz, po prostu wszyscy martwiliśmy się, rozumiesz? – powiedział już spokojnym, ale niepewnym głosem.

- Rozumiem, a teraz posłuchaj mnie, widziałam bramę, widziałam co tutaj się dzieje i nie mam pojęcia jak to zrobimy, ale jak najszybciej trzeba odnaleźć klucze – oznajmiła stanowczo.

- Tak i zgadzam się z Tobą, jednak musimy zacząć od czegoś co nas naprowadzi na trop kluczy.

- Czas nas goni, a to zło nie da za wygraną.

- To zło, z każdym otwarciem będzie coraz silniejsze Lamio, musisz być czujna, nie zapominaj o posłańcu.

- Tak wiem, co z Lilly? – spojrzała na niego badawczo.

- Ah Lilly, jest cała i zdrów, jednak nie potrafimy się od jakiegoś czasu jakoś dogadać.

- Co to znaczy?

- A na pewno sama Ci to wszystko opowie w domu.

Dziewczyna spojrzała na niego z zaciekawieniem. Znała swoją młodszą siostrę, jeżeli nie mogła dogadać się z chłopakami, to tylko jedno mogło to oznaczać. Między nią a Nathairem musiała do czegoś dojść. Młody wilkołak, nie chciał więcej rozmawiać na ten temat. Zaprowadził dziewczynę do domu, zostawiając ją przy drzwiach, obok, których stały rzeczy Lamii. Po czarnym rumaku nie było śladu. Powrócił do swojego właściciela, a ona od tej chwili poczuła wielką tęsknotę, za tym co pozostawiła w dalekim, tajemniczym miejscu.